Zaczęło się!
Zaczęło się niekończące się czekanie na rodzinkę.
Papiery zostały zaakceptowane w maju, a dopiero w czerwcu odezwała się pierwsza rodzinka z Chicago.
Szczerze mówiąc nie przypadliśmy sobie do gustu i szybko skończyliśmy nasze konwersacje.
Później dłuuugo dłuuugo nic. Byłam już tak zmartwiona i zdesperowana, że złożyłam papiery do drugiej agencji.
I wtedy rozdzwoniły się telefony z obu...
Przez dłuższy czas prowadziłam rozmowy z rodzinką z Connecticut.
Z tego co pamiętam to 3 dziewczynki i pracujaca w domu matka.
Wszyscy mówili: bierz tą rodzinkę bo nigdzie nie pojedziesz....bierz bo jest fajna.
Już pisałam maila, że chcę do nich przyjechać i wtedy mnie coś "natchnęło".
Skasowałam całego maila i miło odmówiłam.
I zaczęło się ponowne oczekiwanie....
Pewnego słonecznego poranka....po domówce u mojej przyjaciólki obudziłam się trochę zrezygnowana...
Był już prawie sierpień a ja nie miałam ani rodzinki, ani złożonego podania na studia.
Byłam zawieszona w czasoprzestrzeni....w depresji i bez perspektyw na przyszłość (tak by to teraz ujęła Panna Anett, którą pozdrawiam)
Tak jak już pisałam...obudziłam się. Panna B poszła zrobić kawę, a ja bez chęci usiadłam przy komputerze.
Leniwie włączyłam jeszcze bardziej leniwy komputer. Weszłam na pocztę i przez moje ledwo otwarte oczy udało mi się dostrzec pogrubiony tekst, który oznaczał nic innego jak nową wiadomość.
Wiadomość: You have match!
Oczywiście rozbudziło mnie to bardziej niż 1litr kawy, ale znająć życie nie ekscytowałam się tym zbytnio.
Odebrałam wiadomość....wzięłam głęboki oddech i zjechałam na koniec wiadomości aby zobaczyć gdzie znajduję się ten mój "match"
Wpatrywałam się w ten tekst przez 10 min, aż przyszła Panna B i wyrwała mnie z letargu.
B: Ejjj a Tobie co się stało?
T: Yyy....yyy San Diego napisało!
CDN :)
http://www.facebook.com/pages/Tina/269053666471646?sk=wall
środa, 2 listopada 2011
wtorek, 1 listopada 2011
Wehikuł czasu - Tina i USA #1
Zanim zacznę opisywać moje przygotowania do nowej wyprawy do USA (planuję wrzesień 2012) to chciałabym podzielić się z Wami moimi starymi przeżyciami.
Wszystko zaczęło się na przełomie gimnazjum/liceum kiedy to wraz z koleżanką dowiedziałyśmy się o tajemniczym programie "au pair". Trochę nam do zakończenia liceum brakowało, więc planowanie musiało jeszcze długo poczekać....ale marzenia zostały.
Dokładnie pamiętam tą ekscytację kiedy dostałyśmy broszurki z różnych biur. Przeglądałyśmy je miliony razy i znałyśmy wszystkie teksty i obietnice na pamięć. "Kłóciłyśmy się" gdzie jechać.
Ja strasznie chciałam jechać na Florydę, a moja znajoma "M" do Californii.
Miesiące mijały a nasz zapał nie malał. Jednak gdy rozpoczęła się 3 klasa liceum zaczęłam mieć wątpliwości.
Owe wątpliwości trzymały się mnie dość długo. Jak wiadomo - żeby wyjechać jako au pair trzeba mieć prawo jazdy - którego ja nie miałam i szczerze nie chciałam robić (teraz zastanawiam się jak mogłam tak myśleć - uwialbiam jeździć samochodem!)
A więc pewnego mroźnego, styczniowego dnia Tinie coś odbiło...
Znalazłam super ofertę wyjazdu więc nie pozostało mi nic innego jak skorzystać.
Problem prawa jazdy pozostał. Jako, że byłam kompletnie spłukana - pożyczyłam pieniądze i zapisałam się na kurs prawa jazdy. Właściciel okazał się bardzo specyficznym...ale sympatycznym człowiekiem.
Powiedziałam, że chcę przyspieszony kurs a on się tylko uśmiechnął.
Nie będę tu wypisywać ile formalnośći udało nam się przeskoczyć, żebym jak najszybciej otrzymała to prawko - ale najważniejsze jest to, że się udało! 14 kwietnia zdałam!
Pamiętam jak dziś - termin składnia aplikacji mijał 29 maja. Oczywiście wszystko robiłam na ostatni moment.
Wypisywałam papiery w pociągu na spotkanie z moją konsultantą. Ale udało się - moja aplikacja została przyjęta!
I rozpoczęło się czekanie na wymarzoną rodzinkę.... :)
Teraz program Au Pair jest trochę bardziej popularny...ale gdy ja wyjeżdżałam to jeszcze nie był tak znany.
Nigdy nie zapomnę opini moich "znajomych"o tym wyjeździe.
Nie zapomnę jak śmiali się, jak nie wierzyli, że takie coś może się udać.
Moja rodzina też nie bardzo była zachwycona moim prawdopodobnym wyjazdem...
Tak bardzo chciałabym widzieć ich miny gdy zobaczyli moje zdjecia z Nowego Jorku...
zapraszam: http://www.facebook.com/pages/Tina/269053666471646?sk=wall
:)
Wszystko zaczęło się na przełomie gimnazjum/liceum kiedy to wraz z koleżanką dowiedziałyśmy się o tajemniczym programie "au pair". Trochę nam do zakończenia liceum brakowało, więc planowanie musiało jeszcze długo poczekać....ale marzenia zostały.
Dokładnie pamiętam tą ekscytację kiedy dostałyśmy broszurki z różnych biur. Przeglądałyśmy je miliony razy i znałyśmy wszystkie teksty i obietnice na pamięć. "Kłóciłyśmy się" gdzie jechać.
Ja strasznie chciałam jechać na Florydę, a moja znajoma "M" do Californii.
Miesiące mijały a nasz zapał nie malał. Jednak gdy rozpoczęła się 3 klasa liceum zaczęłam mieć wątpliwości.
Owe wątpliwości trzymały się mnie dość długo. Jak wiadomo - żeby wyjechać jako au pair trzeba mieć prawo jazdy - którego ja nie miałam i szczerze nie chciałam robić (teraz zastanawiam się jak mogłam tak myśleć - uwialbiam jeździć samochodem!)
A więc pewnego mroźnego, styczniowego dnia Tinie coś odbiło...
Znalazłam super ofertę wyjazdu więc nie pozostało mi nic innego jak skorzystać.
Problem prawa jazdy pozostał. Jako, że byłam kompletnie spłukana - pożyczyłam pieniądze i zapisałam się na kurs prawa jazdy. Właściciel okazał się bardzo specyficznym...ale sympatycznym człowiekiem.
Powiedziałam, że chcę przyspieszony kurs a on się tylko uśmiechnął.
Nie będę tu wypisywać ile formalnośći udało nam się przeskoczyć, żebym jak najszybciej otrzymała to prawko - ale najważniejsze jest to, że się udało! 14 kwietnia zdałam!
Pamiętam jak dziś - termin składnia aplikacji mijał 29 maja. Oczywiście wszystko robiłam na ostatni moment.
Wypisywałam papiery w pociągu na spotkanie z moją konsultantą. Ale udało się - moja aplikacja została przyjęta!
I rozpoczęło się czekanie na wymarzoną rodzinkę.... :)
Teraz program Au Pair jest trochę bardziej popularny...ale gdy ja wyjeżdżałam to jeszcze nie był tak znany.
Nigdy nie zapomnę opini moich "znajomych"o tym wyjeździe.
Nie zapomnę jak śmiali się, jak nie wierzyli, że takie coś może się udać.
Moja rodzina też nie bardzo była zachwycona moim prawdopodobnym wyjazdem...
Tak bardzo chciałabym widzieć ich miny gdy zobaczyli moje zdjecia z Nowego Jorku...
CDN :)
zapraszam: http://www.facebook.com/pages/Tina/269053666471646?sk=wall
:)
środa, 15 czerwca 2011
Hiszpania - Madryt
Jak zwykle konkretnego planu brak. Jedyne co wiedziałam, to godzina odjazdu pociagu i godzina spotkania w Madrycie.
Dość pewna siebie ruszyłam przed siebie na przystanek. Czekałam na autobus, który miał mnie zawieźć na inny przystanek, z którego odjeżdżał autobus do Allicante.
Nagle z małego letargu wyrwał mnie glos jakiegoś faceta krzyczącego coś z auta. Już nawet nie pamiętam czy zagadał po angielsku czy hiszpańsku, ale jak się okazało pracował dla lini autobusowych (był slużbowym samochodem) i jechał w tą stronę co ja, więc z radością zaproponował, że mnie podwiezie.
Tina jak to Tina....w okresie wakacyjnym logiczne myślenie ma wyłączone, więc bez wachania wsidała do samochodu...
Na szczęście okazało się, że to nie żaden psychol czy morderca...ale bardzo sympatyczny chłopak.
Niestety...jego angielski był taki jak mój hiszpański...więc mieliśmy małe problemy z porozumieniem.
Ale jakoś dojechaliśmy. Jak się okazało...do całkiem innej stacji niż ja bym się dostała jadąc sama.
Oczywiście on zawiózł mnie na tą prawidłową. Gdybym go nie spotkała, to moja podróż do Madrytu skończyła by się na stacji w Torrevieja...
Jednym słowem miałam cholerne szczęście!
Kupiłam bilet i wsiadłam do autobusu. Bez problemów dotarłam do Allicante.
Później jakimś cudem dotarłam na stację pociągów. Pamiętajcie - gdy nie wiecie jak trafić na jakąś stację, zawsze podążajcie z ludźmi z plecakami - ta metoda mnie jeszcze nie zawiodla ;)
Zanim dotarłam na stację to pozwiedzałam sobie jeszcze najbliższą okolicę:
Wysiadłam z pociągu i udałam się w stronę metra. Szczerze mówiąc...to chyba 1 raz w Europie jechałam metrem....więc czułam się trochę zagubiona...
Ale jak zwykle ludzie byli bardzo mili i udało mi się dotrzec na umówione miejsce.
Trochę sobie poczekałam i przyjechała Jing. Później zaczęli się zbierać inni ludzi i całą ekipą wyruszyliśmy na zwiedzanie Madrytu.
Nasza ekipa z całego świata :)
I takim oto soposobem spędziliśmy cały dzień. Było przemiło i przeuroczo.
Wieczorem kupiliśmy jedzenie w supermarkecie i zrobiliśmy sobie ogromny piknik.
Nadszedł wieczór...ale ja dalej nie miałam gdzie spać. Wszystkie hostele zajęte, a na ławce nie uśmiechało mi się spędzić nocy. W planach było pójście na dyskotekę, ale byliśmy wszyscy wykończeni całodniowym chodzeniem. Na szczęście Jing uratowała mi życie :)
Zaproponowała, że mogę przenocować u niej. Uff
Rano jeszcze trochę pozwiedzałyśmy i nadszedł czas na zbieranie się do "domu"
Wsiadłam w pociąg, potem w autobus no i znowu byłam w Torrevieja.
Na pewno się zastanawiacie (ja większość osób, którym mówię o Madrycie)...czy opłacało się jechać na 1 dzień?
Oczywiście, że tak! Mimo, że poróż trwała chyba dłużej niż zwiedzanie to było warto.
Zobaczyłam Madryt, poznałam dużo nowych ludzi i mam następną przygodę do opowiadania.
Może nie była to jakaś podróż z mega atrakcjami i szalonymi przygodami, to absolutnie nie żałuję.
Wspomnienia pozostaną ;)
P.S 1
Wybaczcie daremne zdjecia. Wtedy jeszcze absolutnie nie obchodziło mnie jak wyglądają moje zdjęcia...więc są jakie są :P
P.S 2
Nie zwracajcie uwagi na moje literówki, bo mimo, że sprawdzam posty parę razy to i tak zawsze coś przeoczę :)
P.S 3
Nie wiem czy uda mi się jeszcze coś napisać, ale jak nie to odezwę się hmm...w sierpniu?
Albo i wrześniu.
Teraz w piątek jadę do pracy do Niemiec, a od 1 sierpnia będę leniuchować w Rzymie.
Życzę Wam wszystkim udanych i pełnych wrażeń wakacji !!!
Tina
czwartek, 9 czerwca 2011
Hiszpania ~ Torrevieja - czyli jedna, wielka psia kupka
Już...już jest. Notka o Hiszpanii dla niecierpliwych.
Trochę długo mi to zajęło, ale muszę się pochwalić! Mimo, że sesja dalej trwa, to najważniejsze egzaminy zaliczone! Uff...
No to jedziemy z Hiszpanią :)
Walizki spakowane, dzieciaki załadowane w samochodzie no i wyruszamy w drogę.
Podróż na lotnisko trwała dość długo, bo hości wybrali bardziej odległe, żeby było taniej.
Na lotnisku jak zwykle odprawa...i gonienie uciekających dzieciaków...czyli normalne zajęcia operki ;)
Ale udało się...dostaliśmy się do samolotu i jakimś cudem przetrwaliśmy całą podróż.
Po wylądowaniu w Allicante przyjechała po nas taksówka, która zabrała nas prosto do Torrevieja - Costa Blanca. Hości jeżdżą tam co roku, więc wszystko było sprawdzone i pewne.
Mieszkaliśmy w bardzo fajnym wakacyjnym domku. Jedynym, ogromnym minusem był brak klimatyzacji.
Jeśli chodzi o ten aspekt - to był to koszmar!!! Ale nawet to jakoś dało się przeżyć :)
Byliśmy tam 3 tygodnie i moja praca polegała na pluskaniu się z dzieciakami w basenie i zajmowaniu się nimi rano, gdy hości chcieli sobie pospać.
Miałam bardzo fajny schedule - jeden wieczór ja miałam wolne, a w następny hości. Tak, że każdy mógł sobie troche poużywać. Jak ja pracowałam to chodziłam z dziciakami do parku, na kolacje i ogólnie było bardzo przyjemnie.
Torrevieja to bardzo, bardzo ładne miasteczko. Ale miała jeden, bardzo bardzo duży mankament - pełno psich kup! I to nie tylko w Torrevieja, ale inne miasta miały ten sam problem.
Jak rozmawiałam z Hiszpanami to potwierdzali, że to bardzo duży problem w Hiszpanii.
Spacer chodnikiem był jednym wielkim slalomem. Dziciaki miały niezły ubaw, bo cały czas krzyczały: POO!!!
Możecie też sobie wyobrazić ten zapach. Upał + Poo = ....
Ale koniec o pracy i dzieciakach i kupkach. Tak jak już pisałam - Torrevieja była piękna. Często chodziłam z T (najstarsza z dzieciaków) na spacery i zakupy. Na pewno się zastanawiacie...miała dzień wolny ale i tak spędzała go z dzieciakami? Tak...tak ;)
T była przesympatyczna i bardzo dojrzała jak na swój wiek. I bardzo lubiłam spędzać z nią czas.
Często też chodziłam sama na bardzo długie...4h spacery. Po dosyć szalonych 2 latach w USA potrzeba mi było trochę odpoczynku i czasu spędzonego w samotności.
I tym oto sposobem poznałam najbliższą okolicę. I mimo, że naprawdę ładnie tam było...to nie robiło to na mnie wrażenia. Nie wiem dlaczego. Chyba podświadomie ciągnęło mnie już do Włoch.
Ale oczywiście...co by to były za wakacje, gdyby Tina nie wymyśliła czegoś szalonego?
Od samego początku hości mówili, że jak chce sobie gdzieś jechać dalej, to mam im tylko powiedzieć i będę miała więcej dni wolnych i że dla nich to nie jest żaden problem.
Jak tu nie wykorzystać takiej szansy? Barcelona, Madryt, Malaga? Gdzie by tu pojechać.
Jak zwykle zasięgnęłam rady wójka Couchsurfing. I jak zwykle mnie nie zawiódł.
Przeglądając forum Madrytu natknęłam się na notkę o wspólnym zwiedzaniu miasta z przewodnikiem.
Napisałam do paru osób, żeby kogoś poznać trochę wcześniej i nie czuć się jak całkowity odludek.
Bardzo szybko złapałam kontakt z Jing - Chinką, która mieszka w Madrycie. Po wymianie paru informacji zdecydowałam, że jadę do Madrytu....następnego dnia.
Jak zywkle CDN :)
(szybko)
Trochę długo mi to zajęło, ale muszę się pochwalić! Mimo, że sesja dalej trwa, to najważniejsze egzaminy zaliczone! Uff...
No to jedziemy z Hiszpanią :)
Walizki spakowane, dzieciaki załadowane w samochodzie no i wyruszamy w drogę.
Podróż na lotnisko trwała dość długo, bo hości wybrali bardziej odległe, żeby było taniej.
Na lotnisku jak zwykle odprawa...i gonienie uciekających dzieciaków...czyli normalne zajęcia operki ;)
Po wylądowaniu w Allicante przyjechała po nas taksówka, która zabrała nas prosto do Torrevieja - Costa Blanca. Hości jeżdżą tam co roku, więc wszystko było sprawdzone i pewne.
Mieszkaliśmy w bardzo fajnym wakacyjnym domku. Jedynym, ogromnym minusem był brak klimatyzacji.
Jeśli chodzi o ten aspekt - to był to koszmar!!! Ale nawet to jakoś dało się przeżyć :)
Byliśmy tam 3 tygodnie i moja praca polegała na pluskaniu się z dzieciakami w basenie i zajmowaniu się nimi rano, gdy hości chcieli sobie pospać.
Miałam bardzo fajny schedule - jeden wieczór ja miałam wolne, a w następny hości. Tak, że każdy mógł sobie troche poużywać. Jak ja pracowałam to chodziłam z dziciakami do parku, na kolacje i ogólnie było bardzo przyjemnie.
Torrevieja to bardzo, bardzo ładne miasteczko. Ale miała jeden, bardzo bardzo duży mankament - pełno psich kup! I to nie tylko w Torrevieja, ale inne miasta miały ten sam problem.
Jak rozmawiałam z Hiszpanami to potwierdzali, że to bardzo duży problem w Hiszpanii.
Spacer chodnikiem był jednym wielkim slalomem. Dziciaki miały niezły ubaw, bo cały czas krzyczały: POO!!!
Możecie też sobie wyobrazić ten zapach. Upał + Poo = ....
Ale koniec o pracy i dzieciakach i kupkach. Tak jak już pisałam - Torrevieja była piękna. Często chodziłam z T (najstarsza z dzieciaków) na spacery i zakupy. Na pewno się zastanawiacie...miała dzień wolny ale i tak spędzała go z dzieciakami? Tak...tak ;)
Często też chodziłam sama na bardzo długie...4h spacery. Po dosyć szalonych 2 latach w USA potrzeba mi było trochę odpoczynku i czasu spędzonego w samotności.
I tym oto sposobem poznałam najbliższą okolicę. I mimo, że naprawdę ładnie tam było...to nie robiło to na mnie wrażenia. Nie wiem dlaczego. Chyba podświadomie ciągnęło mnie już do Włoch.
Ale oczywiście...co by to były za wakacje, gdyby Tina nie wymyśliła czegoś szalonego?
Od samego początku hości mówili, że jak chce sobie gdzieś jechać dalej, to mam im tylko powiedzieć i będę miała więcej dni wolnych i że dla nich to nie jest żaden problem.
Jak tu nie wykorzystać takiej szansy? Barcelona, Madryt, Malaga? Gdzie by tu pojechać.
Jak zwykle zasięgnęłam rady wójka Couchsurfing. I jak zwykle mnie nie zawiódł.
Przeglądając forum Madrytu natknęłam się na notkę o wspólnym zwiedzaniu miasta z przewodnikiem.
Napisałam do paru osób, żeby kogoś poznać trochę wcześniej i nie czuć się jak całkowity odludek.
Bardzo szybko złapałam kontakt z Jing - Chinką, która mieszka w Madrycie. Po wymianie paru informacji zdecydowałam, że jadę do Madrytu....następnego dnia.
Jak zywkle CDN :)
(szybko)
niedziela, 22 maja 2011
IRLANDIA - życie z krowami
I tym sposobem zakończyłam opowiadanie mojej włoskiej przygody. Zanim przejdę do mojej ulubionej - amrykańskiej, zrobię jeszcze mały przystanek w Irlandii.
Parę rodzinek się odzywało, ale jakoś nic z tego nie wychodziło.
Pewnego pięknego poniedziałku odezwała się do mnie Viv. Szukała dziewczyny na 3 miesiące, która pojedzie z nim na wakacje do Hiszpanii. Nasza rozmowa sprowadziła się do wymiany paru maili.
W piątek tego samego tygodnia siedziałam już w samolocie do Cork.
Od razu zaznaczam, że nie wiedziałam o tej rodzinie kompletnie nic. Nie znałam ich adresu, nie widziałam ich zdjęć.Wiedziałam tylko, że mają 4 dzieci (13, 7, 6 i 2latka) w tym, że 6 letni chłopiec ma zespół Downa.
Gdy dotarliśmy na miejsce nie wiedziałam czy się śmiać czy płakać...
Na najbliższe 3 miesiace moim sąsiadem zostało stado 101 krów. Prawie jak 101 dalmatyńczyków, kolory się zgadzają....szkoda, że tylko kolory. I tytuł odnosi się tylko do tych krów, absolutnie nie do rodzinki :)
F (lat 6) przekochany mały łobuz. F ma zespół Downa. Nigdy nie opiekowałam się dziećmi z jakimiś zaburzeniami, ale całkiem dobrze mi szło. To taki sam dzieciak jak każdy inny. Ale jego buziaczki i słowa "I love you Tina" zmiękczały serce bardziej niż cokolwiek innego.


(M to francuska, która opiekowała sie dzieciakami parę domów dalej.
Od razu się zakumplowałyśmy. Utrzymujemy kontakt do dzisiaj. Ona jest teraz w Rzymie, więc troche się minęłyśmy, ale mam nadzieję, że się niedlugo spotkamy)
CDN
Zaraz po powrocie z USA zabrałam się za szukanie nowej rodzinki. Moje poszukiwania był skierowane w stronę Hiszpanii i Włoch. Szukałam....szukałam....szukałam i nic. I tak przez 2 miesiące. Nie mam pojęcia jakim cudem nic nie znalazłam...
Całkowicie zrezygnowana postanowiłam zmienić krteria wyszukiwania. Dodałam Anglię i Irlandię.Parę rodzinek się odzywało, ale jakoś nic z tego nie wychodziło.
Pewnego pięknego poniedziałku odezwała się do mnie Viv. Szukała dziewczyny na 3 miesiące, która pojedzie z nim na wakacje do Hiszpanii. Nasza rozmowa sprowadziła się do wymiany paru maili.
W piątek tego samego tygodnia siedziałam już w samolocie do Cork.
Od razu zaznaczam, że nie wiedziałam o tej rodzinie kompletnie nic. Nie znałam ich adresu, nie widziałam ich zdjęć.Wiedziałam tylko, że mają 4 dzieci (13, 7, 6 i 2latka) w tym, że 6 letni chłopiec ma zespół Downa.
Siedząc w samolocie myślałam o tym co najlepszego narobiłam. Jadę...nawet nie wiem gdzie jadę.
Nie wiem do kogo jadę. No, ale raz sie żyje !!! (kiedyś szczerze pożałuję tego "motta")
Wysiadłam z samolotu i udałam się do wyjścia. Nawet nie wiedziałam, czy będą na mnie czekali. Jak mnie rozpoznają? No, ale gdzieś w tłumie zobaczyłam kartkę z moim imieniem, którą trzymał mały blondynek.
Przywitaliśmy się i zaprowadził mnie do damochodu, w którym czekała Viv, F i mała S.
Pierwsze wrażenie bardzo fajne, byli bardzo mili. Do domu jechaliśmy ok 1h.Gdy dotarliśmy na miejsce nie wiedziałam czy się śmiać czy płakać...
Na najbliższe 3 miesiace moim sąsiadem zostało stado 101 krów. Prawie jak 101 dalmatyńczyków, kolory się zgadzają....szkoda, że tylko kolory. I tytuł odnosi się tylko do tych krów, absolutnie nie do rodzinki :)
Viv pokazała mi mój pokój. Miałam ogromne łózko i własną łazienkę - więc full wypas.
Rodzinka okazała się przesympatyczna. I dzieci i rodzice byli wprost rewelacyjni.
K (lat 7) mały artysta. Caly czas mi śpiewał i tańczył.
S (lat 2) moja little monkey. Mój mały aniołeczek. Tak kochanej dziewczynki jeszcze nie widziałam. Mała strojnisia. No i mnie uwielbiała. Wszystko chciala robić tylko i wyłacznie z Tiną ;)F (lat 6) przekochany mały łobuz. F ma zespół Downa. Nigdy nie opiekowałam się dziećmi z jakimiś zaburzeniami, ale całkiem dobrze mi szło. To taki sam dzieciak jak każdy inny. Ale jego buziaczki i słowa "I love you Tina" zmiękczały serce bardziej niż cokolwiek innego.
T (lat 13) jak ją poznałam to pomyślałam "oj będą kłopoty". Ale oczywiście po raz setny przekonałam się, że ocenianie ludzi bez poznania ich to bardzo zły nawyk.
T okazała się rewelacyjna. Gadałyśmy o wszystkim i bardzo pomagała mi z dzieciakami.
I (ojciec) był policjantem. Zawsze zabierał mnie i dzieciaki na wycieczki, żebym zobaczyła okolicę. Czasami bardzo odległą okolicę ;)
Viv (mama) rewelacyjna kobieta. Zawsze mogłam sobie z nią porozmawiać. Jak czegoś potrzebowałam, to bez mrugnięcia okiem wskakiwała do samochodu i zawoziła mnie do miasta.
Często też woziła mnie i M do baru na pysznego Guinessa :)
Zawsze wieczorem, gdy dzieciaki już spały, rozpalałyśmy z Viv ogień w kominku, siadałyśmy na mega wygodnej kanapie i oglądałyśmy horrory.
Od razu się zakumplowałyśmy. Utrzymujemy kontakt do dzisiaj. Ona jest teraz w Rzymie, więc troche się minęłyśmy, ale mam nadzieję, że się niedlugo spotkamy)
Jeśli chodzi o pracowanie, to dużo robić nie musiałam. Viv była cały czas w domu. Były to wakacje, mimo to dzieciaki budziły się wcześnie. Oglądaliśmy TV, a jak nie padało (co nie zdarzało się często) skakaliśmy na wielkiej trampolinie. Później jechaliśmy na plac zabaw. Same przyjemności.
Po 3 tygodniach w Clonakilty nadszedł czas na pakowanie walizek do Hiszpanii...
CDN
czwartek, 19 maja 2011
Bella Roma - Dolce Vita ~ part III
To teraz jeszcze króciutko o mojej pracy w Rzymie i przechodzę do następnego kraju :)
Do Rzymu w moich postach jeszcze z pewnością wrócę, ale to już z jak najbardziej aktualnymi informacjami, bo w sierpniu znowu się tam pojawię.
Oto jak wyglądał mój przeciętny dzień pracy:
Pobudka ok 9 i kierunek Koloseum. Tam spotykał się cały nasz team i przez parę godzin rozdawaliśmy ulotki o naszej imprezie. Większość dnia siedzieliśmy w cieniu jedząc przepyszne winogromna i popijajać piwo Peroni ;)
Ale formalnie rozdawaliśmy ulotki....
Nasz team (nie w całości)
Później grupami zabieraliśmy ludzi do baru, gdzie przez 1,5 h mogli do woli pić napoje alkoholowe i najeść się pizzą. Po 22 zabieraliśmy wszystkich i jechaliśmy busem do innego pubu/baru. Tam znowu byliśmy ok 1,5 h (już bez darmowych drinków) i jechaliśmy już do ostatniego miejsca - do klubu. Naszą pracą było bawienie się. Jeśli ktoś miał jakieś pytanie to przychodził do nas. I oto cała praca. Pracę kończyliśmy ok. 1.30 ale mogliśmy oczywiście zostać dłużej. Darmowe wejścia do klubów, darmowe drinki....czego więcej chcieć?
Jednym slowem najlepsza wakacyjna praca na świecie. Ale podkreślam, że wakacyjna....
Są osoby, które pracują tam na stałe...ale ja bym tak nie mogła.
Powroty ok 5 rano....pobudka ok 9 i tak w kóło. Z czasem stało się to męczące...
Pod koniec sierpnia zwolniło się miejsce za barem. Nie zastanawiając się długo - zostałam barmanką.
Wyobrażacie sobie jak ludzie kochają barmanów, którzy serwują darmowe drinki? :D
No i tak sobie robiłam drinki przez następny miesiąc...
Oczywiście później dołączałam do ekipy i bawiłam się w innych miejscach z nimi :)
Podczas tego pobytu poznałam mnóstwo rewelacyjnych ludzi. Nawiązały się przyjaźnie, które mam nadzieję, że przetrwają bardzo, bardzo długo.
W wolnym czasie, czyli w dni kiedy nie pracowaliśmy....oczywiście imprezowaliśmy :)
Mieliśmy swoje ulubione, sprawdzone miejsca i sprawdzoną ekipę, z którą można było konie kraść...
Tina
Do Rzymu w moich postach jeszcze z pewnością wrócę, ale to już z jak najbardziej aktualnymi informacjami, bo w sierpniu znowu się tam pojawię.
Oto jak wyglądał mój przeciętny dzień pracy:
Pobudka ok 9 i kierunek Koloseum. Tam spotykał się cały nasz team i przez parę godzin rozdawaliśmy ulotki o naszej imprezie. Większość dnia siedzieliśmy w cieniu jedząc przepyszne winogromna i popijajać piwo Peroni ;)
Ale formalnie rozdawaliśmy ulotki....
Nasz team (nie w całości)
Ok 15.00 wszyscy się zbieraliśmy do domu. Szybki prysznic, drzemka i przygotowania do imprezy :)
spotykaliśmy się w naszym barze "eleven" przed 20.00, zapisywaliśmy się na listę i szliśmy wszyscy pod metro obok Koloseum. To miejsce spotkań. Każdy zaproszony wiedział, że tam się spotykamy.Później grupami zabieraliśmy ludzi do baru, gdzie przez 1,5 h mogli do woli pić napoje alkoholowe i najeść się pizzą. Po 22 zabieraliśmy wszystkich i jechaliśmy busem do innego pubu/baru. Tam znowu byliśmy ok 1,5 h (już bez darmowych drinków) i jechaliśmy już do ostatniego miejsca - do klubu. Naszą pracą było bawienie się. Jeśli ktoś miał jakieś pytanie to przychodził do nas. I oto cała praca. Pracę kończyliśmy ok. 1.30 ale mogliśmy oczywiście zostać dłużej. Darmowe wejścia do klubów, darmowe drinki....czego więcej chcieć?
Jednym slowem najlepsza wakacyjna praca na świecie. Ale podkreślam, że wakacyjna....
Są osoby, które pracują tam na stałe...ale ja bym tak nie mogła.
Powroty ok 5 rano....pobudka ok 9 i tak w kóło. Z czasem stało się to męczące...
Pod koniec sierpnia zwolniło się miejsce za barem. Nie zastanawiając się długo - zostałam barmanką.
Wyobrażacie sobie jak ludzie kochają barmanów, którzy serwują darmowe drinki? :D
No i tak sobie robiłam drinki przez następny miesiąc...
Oczywiście później dołączałam do ekipy i bawiłam się w innych miejscach z nimi :)
Podczas tego pobytu poznałam mnóstwo rewelacyjnych ludzi. Nawiązały się przyjaźnie, które mam nadzieję, że przetrwają bardzo, bardzo długo.
W wolnym czasie, czyli w dni kiedy nie pracowaliśmy....oczywiście imprezowaliśmy :)
Mieliśmy swoje ulubione, sprawdzone miejsca i sprawdzoną ekipę, z którą można było konie kraść...
Wakacje zdecydowanie zaliczam do udanych. Mam nadzieję, że i te takie będą :)
Tina
wtorek, 17 maja 2011
Bella Roma - Dolce Vita ~ part II
Po krótkiej rozmowie telefonicznej z P umówiliśmy się na "rozmowę kwalifikacyjną".
Wyposażona w adres i mapę wyruszyłam na poszukiwania.
I znalazłam - Bar "Eleven". Drzwi były otwarte, ale bar świecił pustkami. Już chciałam krzykąć, ale zza baru wyskoczyła J - barmanka. Zawołała P i zaczęliśmy naszą rozmowę.
Wytłumaczył mi jak to wszystko wygląda i na czym polega. Zaproponował też, żebym od razu została na dniu próbnym. Oczywiście się zgodziłam :)
Wieczór był rewelacyjny. P powiedział, że jak najbardziej się nadaję więc mogę zacząć kiedy chcę.
Możecie sobie wyobrazić jak bardzo byłam szczęśliwa. Został jeszcze tylko jeden, "malusieńki" problem - mieszkanie....
Nie tracąc czasu, po powrocie z imprezy o 5 rano zaczęłam szukać mieszkania.
Od razu humor mi się pogorszył...
Ceny z kosmosu, duże zaliczki, albo bardzo, bardzo daleko od centrum. A muszę szczerze przyznać, że miałam dokładnie 270 euro w portfelu.
Szukałam, szukałam i znalazłam parę ofert, które były w miarę rozsądne...
Wysłałam zgłoszenia i poszłam spać. Rano, będąc z dzieciakami w domu, co chwilę sprawdzałam maila.
I wreszcie się coś pojawiło. Mail od G. Od razu umówiliśmy się na obejrzenie mieszkania.
Znowu zaopatrzona w kartkę, adres i dokładne wskazówki G udałam się w podróż.
Już podczas jazdy autobusem spodobała mi się okolica. Wysiadłam z busa i dzięki wskazówkom bez problemu dotarłam na miejsce. G okazał się bardzo fajnym facetem i pokazał mi całe mieszkanko, które bardzo mi się spodobało. Nasz dialog:
G: when do you want to move in?
M: tomorrow?
G: haha you are crazy, but why not? :D
No i tym sposobem zaczęła się moja nowa przygoda w Rzymie.
CDN :)
Wyposażona w adres i mapę wyruszyłam na poszukiwania.
I znalazłam - Bar "Eleven". Drzwi były otwarte, ale bar świecił pustkami. Już chciałam krzykąć, ale zza baru wyskoczyła J - barmanka. Zawołała P i zaczęliśmy naszą rozmowę.
Wytłumaczył mi jak to wszystko wygląda i na czym polega. Zaproponował też, żebym od razu została na dniu próbnym. Oczywiście się zgodziłam :)
Wieczór był rewelacyjny. P powiedział, że jak najbardziej się nadaję więc mogę zacząć kiedy chcę.
Możecie sobie wyobrazić jak bardzo byłam szczęśliwa. Został jeszcze tylko jeden, "malusieńki" problem - mieszkanie....
Nie tracąc czasu, po powrocie z imprezy o 5 rano zaczęłam szukać mieszkania.
Od razu humor mi się pogorszył...
Ceny z kosmosu, duże zaliczki, albo bardzo, bardzo daleko od centrum. A muszę szczerze przyznać, że miałam dokładnie 270 euro w portfelu.
Szukałam, szukałam i znalazłam parę ofert, które były w miarę rozsądne...
Wysłałam zgłoszenia i poszłam spać. Rano, będąc z dzieciakami w domu, co chwilę sprawdzałam maila.
I wreszcie się coś pojawiło. Mail od G. Od razu umówiliśmy się na obejrzenie mieszkania.
Znowu zaopatrzona w kartkę, adres i dokładne wskazówki G udałam się w podróż.
Już podczas jazdy autobusem spodobała mi się okolica. Wysiadłam z busa i dzięki wskazówkom bez problemu dotarłam na miejsce. G okazał się bardzo fajnym facetem i pokazał mi całe mieszkanko, które bardzo mi się spodobało. Nasz dialog:
G: when do you want to move in?
M: tomorrow?
No i tym sposobem zaczęła się moja nowa przygoda w Rzymie.
CDN :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

