środa, 15 czerwca 2011

Hiszpania - Madryt

Rano pobudka ok 5.00. Plecak, woda i w drogę.
Jak zwykle konkretnego planu brak. Jedyne co wiedziałam, to godzina odjazdu pociagu i godzina spotkania w Madrycie.
Dość pewna siebie ruszyłam przed siebie na przystanek. Czekałam na autobus, który miał mnie zawieźć na inny przystanek, z którego odjeżdżał autobus do Allicante.
Nagle z małego letargu wyrwał mnie glos jakiegoś faceta krzyczącego coś z auta. Już nawet nie pamiętam czy zagadał po angielsku czy hiszpańsku, ale jak się okazało pracował dla lini autobusowych (był slużbowym samochodem) i jechał w tą stronę co ja, więc z radością zaproponował, że mnie podwiezie.
Tina jak to Tina....w okresie wakacyjnym logiczne myślenie ma wyłączone, więc bez wachania wsidała do samochodu...
Na szczęście okazało się, że to nie żaden psychol czy morderca...ale bardzo sympatyczny chłopak.
Niestety...jego angielski był taki jak mój hiszpański...więc mieliśmy małe problemy z porozumieniem.
Ale jakoś dojechaliśmy. Jak się okazało...do całkiem innej stacji niż ja bym się dostała jadąc sama.
Oczywiście on zawiózł mnie na tą prawidłową. Gdybym go nie spotkała, to moja podróż do Madrytu skończyła by się na stacji w Torrevieja...
Jednym słowem miałam cholerne szczęście!

Kupiłam bilet i wsiadłam do autobusu. Bez problemów dotarłam do Allicante.
Później jakimś cudem dotarłam na stację pociągów. Pamiętajcie - gdy nie wiecie jak trafić na jakąś stację, zawsze podążajcie z ludźmi z plecakami - ta metoda mnie jeszcze nie zawiodla ;)

Zanim dotarłam na stację to pozwiedzałam sobie jeszcze najbliższą okolicę:











W pociągu spędziłam parę godzin. Na szczescie w bardzo komfortowych warunkach. Niestety komfort miał swoje odzwierciedlenie w cenie, ale czego sie nie robi dla takich przeżyć :)

Wysiadłam z pociągu i udałam się w stronę metra. Szczerze mówiąc...to chyba 1 raz w Europie jechałam metrem....więc czułam się trochę zagubiona...
Ale jak zwykle ludzie byli bardzo mili i udało mi się dotrzec na umówione miejsce.
Trochę sobie poczekałam i przyjechała Jing. Później zaczęli się zbierać inni ludzi i całą ekipą wyruszyliśmy na zwiedzanie Madrytu.











Nasza ekipa z całego świata :)






I takim oto soposobem spędziliśmy cały dzień. Było przemiło i przeuroczo.
Wieczorem kupiliśmy jedzenie w supermarkecie i zrobiliśmy sobie ogromny piknik.

Nadszedł wieczór...ale ja dalej nie miałam gdzie spać. Wszystkie hostele zajęte, a na ławce nie uśmiechało mi się spędzić nocy. W planach było pójście na dyskotekę, ale byliśmy wszyscy wykończeni całodniowym chodzeniem. Na szczęście Jing uratowała mi życie :)
Zaproponowała, że mogę przenocować u niej. Uff

Rano jeszcze trochę pozwiedzałyśmy i nadszedł czas na zbieranie się do "domu"










Wsiadłam w pociąg, potem w autobus no i znowu byłam w Torrevieja.

Na pewno się zastanawiacie (ja większość osób, którym mówię o Madrycie)...czy opłacało się jechać na 1 dzień?
Oczywiście, że tak! Mimo, że poróż trwała chyba dłużej niż zwiedzanie to było warto.
Zobaczyłam Madryt, poznałam dużo nowych ludzi i mam następną przygodę do opowiadania.
Może nie była to jakaś podróż z mega atrakcjami i szalonymi przygodami, to absolutnie nie żałuję.
Wspomnienia pozostaną ;)

P.S 1
Wybaczcie daremne zdjecia. Wtedy jeszcze absolutnie nie obchodziło mnie jak wyglądają moje zdjęcia...więc są jakie są :P

P.S 2
Nie zwracajcie uwagi na moje literówki, bo mimo, że sprawdzam posty parę razy to i tak zawsze coś przeoczę :)

P.S 3
Nie wiem czy uda mi się jeszcze coś napisać, ale jak nie to odezwę się hmm...w sierpniu?
Albo i wrześniu.
Teraz w piątek jadę do pracy do Niemiec, a od 1 sierpnia będę leniuchować w Rzymie.

Życzę Wam wszystkim udanych i pełnych wrażeń wakacji !!!

Tina

czwartek, 9 czerwca 2011

Hiszpania ~ Torrevieja - czyli jedna, wielka psia kupka

Już...już jest. Notka o Hiszpanii dla niecierpliwych.
Trochę długo mi to zajęło, ale muszę się pochwalić! Mimo, że sesja dalej trwa, to najważniejsze egzaminy zaliczone! Uff...
No to jedziemy z Hiszpanią :)





Walizki spakowane, dzieciaki załadowane w samochodzie no i wyruszamy w drogę.
Podróż na lotnisko trwała dość długo, bo hości wybrali bardziej odległe, żeby było taniej.
Na lotnisku jak zwykle odprawa...i gonienie uciekających dzieciaków...czyli normalne zajęcia operki ;)


Ale udało się...dostaliśmy się do samolotu i jakimś cudem przetrwaliśmy całą podróż.
Po wylądowaniu w Allicante przyjechała po nas taksówka, która zabrała nas prosto do Torrevieja - Costa Blanca. Hości jeżdżą tam co roku, więc wszystko było sprawdzone i pewne.
Mieszkaliśmy w bardzo fajnym wakacyjnym domku. Jedynym, ogromnym minusem był brak klimatyzacji.
Jeśli chodzi o ten aspekt - to był to koszmar!!! Ale nawet to jakoś dało się przeżyć :)
Byliśmy tam 3 tygodnie i moja praca polegała na pluskaniu się z dzieciakami w basenie i zajmowaniu się nimi rano, gdy hości chcieli sobie pospać.
Miałam bardzo fajny schedule - jeden wieczór ja miałam wolne, a w następny hości. Tak, że każdy mógł sobie troche poużywać. Jak ja pracowałam to chodziłam z dziciakami do parku, na kolacje i ogólnie było bardzo przyjemnie.
Torrevieja to bardzo, bardzo ładne miasteczko. Ale miała jeden, bardzo bardzo duży mankament - pełno psich kup! I to nie tylko w Torrevieja, ale inne miasta miały ten sam problem.
Jak rozmawiałam z Hiszpanami to potwierdzali, że to bardzo duży problem w Hiszpanii.
Spacer chodnikiem był jednym wielkim slalomem. Dziciaki miały niezły ubaw, bo cały czas krzyczały: POO!!!
Możecie też sobie wyobrazić ten zapach. Upał + Poo = ....

Ale koniec o pracy i dzieciakach i kupkach. Tak jak już pisałam - Torrevieja była piękna. Często chodziłam z T (najstarsza z dzieciaków) na spacery i zakupy. Na pewno się zastanawiacie...miała dzień wolny ale i tak spędzała go z dzieciakami? Tak...tak ;)
T była przesympatyczna i bardzo dojrzała jak na swój wiek. I bardzo lubiłam spędzać z nią czas.
Często też chodziłam sama na bardzo długie...4h spacery. Po dosyć szalonych 2 latach w USA potrzeba mi było trochę odpoczynku i czasu spędzonego w samotności.








I tym oto sposobem poznałam najbliższą okolicę. I mimo, że naprawdę ładnie tam było...to nie robiło to na mnie wrażenia. Nie wiem dlaczego. Chyba podświadomie ciągnęło mnie już do Włoch.
Ale oczywiście...co by to były za wakacje, gdyby Tina nie wymyśliła czegoś szalonego?

Od samego początku hości mówili, że jak chce sobie gdzieś jechać dalej, to mam im tylko powiedzieć i będę miała więcej dni wolnych i że dla nich to nie jest żaden problem.
Jak tu nie wykorzystać takiej szansy? Barcelona, Madryt, Malaga? Gdzie by tu pojechać.
Jak zwykle zasięgnęłam rady wójka Couchsurfing. I jak zwykle mnie nie zawiódł.
Przeglądając forum Madrytu natknęłam się na notkę o wspólnym zwiedzaniu miasta z przewodnikiem.
Napisałam do paru osób, żeby kogoś poznać trochę wcześniej i nie czuć się jak całkowity odludek.
Bardzo szybko złapałam kontakt z Jing - Chinką, która mieszka w Madrycie. Po wymianie paru informacji zdecydowałam, że jadę do Madrytu....następnego dnia.

Jak zywkle CDN :)
(szybko)

niedziela, 22 maja 2011

IRLANDIA - życie z krowami

I tym sposobem zakończyłam opowiadanie mojej włoskiej przygody. Zanim przejdę do mojej ulubionej - amrykańskiej, zrobię jeszcze mały przystanek w Irlandii.


Zaraz po powrocie z USA zabrałam się za szukanie nowej rodzinki. Moje poszukiwania był skierowane w stronę Hiszpanii i Włoch. Szukałam....szukałam....szukałam i nic. I tak przez 2 miesiące. Nie mam pojęcia jakim cudem nic nie znalazłam...
Całkowicie zrezygnowana postanowiłam zmienić krteria wyszukiwania. Dodałam Anglię i Irlandię.
Parę rodzinek się odzywało, ale jakoś nic z tego nie wychodziło.
Pewnego pięknego poniedziałku odezwała się do mnie Viv. Szukała dziewczyny na 3 miesiące, która pojedzie z nim na wakacje do Hiszpanii. Nasza rozmowa sprowadziła się do wymiany paru maili.
W piątek tego samego tygodnia siedziałam już w samolocie do Cork.
Od razu zaznaczam, że nie wiedziałam o tej rodzinie kompletnie nic. Nie znałam ich adresu, nie widziałam ich zdjęć.Wiedziałam tylko, że mają 4 dzieci (13, 7, 6 i 2latka) w tym, że 6 letni chłopiec ma zespół Downa.

Siedząc w samolocie myślałam o tym co najlepszego narobiłam. Jadę...nawet nie wiem gdzie jadę.
Nie wiem do kogo jadę. No, ale raz sie żyje !!! (kiedyś szczerze pożałuję tego "motta")

Wysiadłam z samolotu i udałam się do wyjścia. Nawet nie wiedziałam, czy będą na mnie czekali. Jak mnie rozpoznają? No, ale gdzieś w tłumie zobaczyłam kartkę z moim imieniem, którą trzymał mały blondynek.
Przywitaliśmy się i zaprowadził mnie do damochodu, w którym czekała Viv, F i mała S.
Pierwsze wrażenie bardzo fajne, byli bardzo mili. Do domu jechaliśmy ok 1h.
Gdy dotarliśmy na miejsce nie wiedziałam czy się śmiać czy płakać...
Na najbliższe 3 miesiace moim sąsiadem zostało stado 101 krów. Prawie jak 101 dalmatyńczyków, kolory się zgadzają....szkoda, że tylko kolory. I tytuł odnosi się tylko do tych krów, absolutnie nie do rodzinki :)


Viv pokazała mi mój pokój. Miałam ogromne łózko i własną łazienkę - więc full wypas.
Rodzinka okazała się przesympatyczna. I dzieci i rodzice byli wprost rewelacyjni. 
K (lat 7) mały artysta. Caly czas mi śpiewał i tańczył.
S (lat 2) moja little monkey. Mój mały aniołeczek. Tak kochanej dziewczynki jeszcze nie widziałam. Mała strojnisia. No i mnie uwielbiała. Wszystko chciala robić tylko i wyłacznie z Tiną ;)
F (lat 6) przekochany mały łobuz. F ma zespół Downa. Nigdy nie opiekowałam się dziećmi z jakimiś zaburzeniami, ale całkiem dobrze mi szło. To taki sam dzieciak jak każdy inny. Ale jego buziaczki i słowa "I love you Tina" zmiękczały serce bardziej niż cokolwiek innego.
T (lat 13) jak ją poznałam to pomyślałam "oj będą kłopoty". Ale oczywiście po raz setny przekonałam się, że ocenianie ludzi bez poznania ich to bardzo zły nawyk.
T okazała się rewelacyjna. Gadałyśmy o wszystkim i bardzo pomagała mi z dzieciakami.
I (ojciec) był policjantem. Zawsze zabierał mnie i dzieciaki na wycieczki, żebym zobaczyła okolicę. Czasami bardzo odległą okolicę ;)






Viv (mama) rewelacyjna kobieta. Zawsze mogłam sobie z nią porozmawiać. Jak czegoś potrzebowałam, to bez mrugnięcia okiem wskakiwała do samochodu i zawoziła mnie do miasta.
Często też woziła mnie i M do baru na pysznego Guinessa :)



           

Zawsze wieczorem, gdy dzieciaki już spały, rozpalałyśmy z Viv ogień w kominku, siadałyśmy na mega wygodnej kanapie i oglądałyśmy horrory.

(M to francuska, która opiekowała sie dzieciakami parę domów dalej.
Od razu się zakumplowałyśmy. Utrzymujemy kontakt do dzisiaj. Ona jest teraz w Rzymie, więc troche się minęłyśmy, ale mam nadzieję, że się niedlugo spotkamy)

Jeśli chodzi o pracowanie, to dużo robić nie musiałam. Viv była cały czas w domu. Były to wakacje, mimo to dzieciaki budziły się wcześnie. Oglądaliśmy TV, a jak nie padało (co nie zdarzało się często) skakaliśmy na wielkiej trampolinie. Później jechaliśmy na plac zabaw. Same przyjemności.
Po 3 tygodniach w Clonakilty nadszedł czas na pakowanie walizek do Hiszpanii...

CDN


czwartek, 19 maja 2011

Bella Roma - Dolce Vita ~ part III

To teraz jeszcze króciutko o mojej pracy w Rzymie i przechodzę do następnego kraju :)
Do Rzymu w moich postach jeszcze z pewnością wrócę, ale to już z jak najbardziej aktualnymi informacjami, bo w sierpniu znowu się tam pojawię.

Oto jak wyglądał mój przeciętny dzień pracy:
Pobudka ok 9 i kierunek Koloseum. Tam spotykał się cały nasz team i przez parę godzin rozdawaliśmy ulotki o naszej imprezie. Większość dnia siedzieliśmy w cieniu jedząc przepyszne winogromna i popijajać piwo Peroni ;)



Ale formalnie rozdawaliśmy ulotki....
Nasz team (nie w całości)


Ok 15.00 wszyscy się zbieraliśmy do domu. Szybki prysznic, drzemka i przygotowania do imprezy :)
spotykaliśmy się w naszym barze "eleven" przed 20.00, zapisywaliśmy się na listę i szliśmy wszyscy pod metro obok Koloseum. To miejsce spotkań. Każdy zaproszony wiedział, że tam się spotykamy.
Później grupami zabieraliśmy ludzi do baru, gdzie przez 1,5 h mogli do woli pić napoje alkoholowe i najeść się pizzą. Po 22 zabieraliśmy wszystkich i jechaliśmy busem do innego pubu/baru. Tam znowu byliśmy ok 1,5 h (już bez darmowych drinków) i jechaliśmy już do ostatniego miejsca - do klubu. Naszą pracą było bawienie się. Jeśli ktoś miał jakieś pytanie to przychodził do nas. I oto cała praca. Pracę kończyliśmy ok. 1.30 ale mogliśmy oczywiście zostać dłużej. Darmowe wejścia do klubów, darmowe drinki....czego więcej chcieć?
Jednym slowem najlepsza wakacyjna praca na świecie. Ale podkreślam, że wakacyjna....
Są osoby, które pracują tam na stałe...ale ja bym tak nie mogła.
Powroty ok 5 rano....pobudka ok 9 i tak w kóło. Z czasem stało się to męczące...

Pod koniec sierpnia zwolniło się miejsce za barem. Nie zastanawiając się długo - zostałam barmanką.
Wyobrażacie sobie jak ludzie kochają barmanów, którzy serwują darmowe drinki? :D
No i tak sobie robiłam drinki przez następny miesiąc...
Oczywiście później dołączałam do ekipy i bawiłam się w innych miejscach z nimi :)

Podczas tego pobytu poznałam mnóstwo rewelacyjnych ludzi. Nawiązały się przyjaźnie, które mam nadzieję, że przetrwają bardzo, bardzo długo.


W wolnym czasie, czyli w dni kiedy nie pracowaliśmy....oczywiście imprezowaliśmy :)
Mieliśmy swoje ulubione, sprawdzone miejsca i sprawdzoną ekipę, z którą można było konie kraść...


Wakacje zdecydowanie zaliczam do udanych. Mam nadzieję, że i te takie będą :)

Tina

wtorek, 17 maja 2011

Bella Roma - Dolce Vita ~ part II

Po krótkiej rozmowie telefonicznej z P umówiliśmy się na "rozmowę kwalifikacyjną".
Wyposażona w adres i mapę wyruszyłam na poszukiwania.
I znalazłam - Bar "Eleven". Drzwi były otwarte, ale bar świecił pustkami. Już chciałam krzykąć, ale zza baru wyskoczyła J - barmanka. Zawołała P i zaczęliśmy naszą rozmowę.
Wytłumaczył mi jak to wszystko wygląda i na czym polega. Zaproponował też, żebym od razu została na dniu próbnym. Oczywiście się zgodziłam :)
Wieczór był rewelacyjny. P powiedział, że jak najbardziej się nadaję więc mogę zacząć kiedy chcę.
Możecie sobie wyobrazić jak bardzo byłam szczęśliwa. Został jeszcze tylko jeden, "malusieńki" problem - mieszkanie....
Nie tracąc czasu, po powrocie z imprezy o 5 rano zaczęłam szukać mieszkania.
Od razu humor mi się pogorszył...
Ceny z kosmosu, duże zaliczki, albo bardzo, bardzo daleko od centrum. A muszę szczerze przyznać, że miałam dokładnie 270 euro w portfelu.
Szukałam, szukałam i znalazłam parę ofert, które były w miarę rozsądne...
Wysłałam zgłoszenia i poszłam spać. Rano, będąc z dzieciakami w domu, co chwilę sprawdzałam maila.
I wreszcie się coś pojawiło. Mail od G. Od razu umówiliśmy się na obejrzenie mieszkania.
Znowu zaopatrzona w kartkę, adres i dokładne wskazówki G udałam się w podróż.
Już podczas jazdy autobusem spodobała mi się okolica. Wysiadłam z busa i dzięki wskazówkom bez problemu dotarłam na miejsce. G okazał się bardzo fajnym facetem i pokazał mi całe mieszkanko, które bardzo mi się spodobało. Nasz dialog:
G: when do you want to move in?
M: tomorrow?
G: haha you are crazy, but why not? :D

No i tym sposobem zaczęła się moja nowa przygoda w Rzymie.




CDN :)

niedziela, 20 marca 2011

Bella Roma - Dolce Vita

Zakończyłam współpracę z rodziną S.
Był to trudny wybór, bo naprawdę lubiłam dzieciaczki. Były to dwa małe diabełki, ale przepadałam za nimi. Ona też mnie lubiły. Ale niestety warunki w których przyszlo mi żyć były nie do zniesienia.

Powrót do kraju nie wchodził w grę, musiałam więc coś wymyślić. Oczywiście nie wyszłam z ich domu i nie jechałam koczować pod Termini i błagać o pracę - aż takim hardcorem nie jestem ^^
Wszytsko było już zaplanowane, chociaż ogromnie ryzykowne.

A zaczęło się tak:
Na początku mojego pobytu, dzięki stronie Couchsurfing, poznałam Alessandro. On chciał się uczyć polskiego, ja włoskiego więc postanowiliśmy się spotkać.
Alessandro to bardzo sympatyczny chłopak. O ile dobrze kojarzę, to studiuje teraz w Polsce.
Ale to nie o nim chcę pisać...
W dzień w którym się spotkaliśmy, poszlismy na spotkanie Erasmusa.
Tam poznałam Dino - rewelacyjnego przewodnika i grupkę innych, rewelacyjnych ludzi - między innymi T i R. 
Spotkanie Erasmusa


Dalsza część spotkania :)
To właśnie z nimi spędzałam większość mojego czasu w Rzymie. Akurat w tym czasie odbywał się mundial, więc prawie codziennie spotykaliśmy się w Villa Borghese, żeby razem z setkami innych ludzi oglądać mecze.
Atmosfera była rewelacyjna !!!







Muszę wspomnieć jeszcze o Amy -operce z Anglii, która dołączyła do naszego cudownego trio. Poznałam tam wiele operek, ale szczerze mówiąc to jakoś między nami "nie klikło"
Natomiast z Amy to aż iskry poszły od tego "kliknięcia" - rozumiałyśmy się bez słów i mogłyśmy gadać o wszystkim.

Amy i nasze ulubione danie - pizza i piwo^^


Pewnego razu, wybraliśmy się z Amy i R na Pub Crawl*. Format imprezy był rewelacyjny, wykonanie troche gorsze. Wiedziałam, że istnieją jeszcze inne firmy w Rzymie, które organizują takie imprezy, więc chciałam spróbować jeszcze raz . Zaczęłam więc przeglądać w internecie ich oferty. Tak przeglądając natknęłam się na ofertę pracy.
Poszukiwali promotorów do najlepszej pracy na świecie.
Długo się nie zastanawiając napisałam maila i kompletnie o tym zapomniałam.


2 sierpnia wybrałam się z chłopakiami na pizzę (Amy już była w Anglii). Po pizzy poszliśmy na przepszyszne gelato:




Po lodach wybraliśmy się na Piazza Navona i tak się włóczyliśmy. Gdy wybiła 00.00 chłopaki zaczęli śpiewać "STO LAT" po polsku - specjalnie się nauczyli.
Nie zapomnieli - 3 sierpnia mam urodziny. Byłam w szoku :)
Jako, że były to moje urodziny, to postanowiłam wrzucić monetę do Fontanny "Quattro fiumi" i oczywiscie pomyślałam życzenie. To samo zrobiłam przy Fontannie di Trevi - szczęściu trzeba pomagać, więc dlaczego nie wrzucić monety do dwóch fontann :)

Był to dla mnie ciężki okres - musiałam zdecydować co robić, czy zostać z rodziną, czy wracać do domu...więc życzyłam sobie, żeby się wszystko jakoś ułożyło.

Wróciłam do domu i poszłam spać. Rano oczywiście pracowałam. Hości, mimo, że wiedzieli o moich urodzinach nie złożyli mi nawet życzeń...
Po południu poszłam się położyć. Ze słodkiej drzemki obudził mnie dzwoniący telefon:
Odebrałam zaspana:
Pronto?
Hi, my name is P, I want to talk with you about the job...

CDN :)

* PUB CRAWL
Jest to rodzaj imprezy. Za 20 euro dostaje się wstęp do pierwszego  baru, w którym przez pierwsze 1,5-2h można pić do woli, dostaję się pizzę i doskonale się bawi :)
Następnie jest "wycieczka" do nastepnego baru i na koniec ląduje się w jakimś dużym klubie.
Dodatkowo dostaje się jeszcze pamiątkową koszulkę. 

piątek, 18 marca 2011

Bella Roma - Brutta famiglia ~ part II

Stało się - postawiłam nogę na wloskiej ziemi
(nie pierwszy raz, ale po raz pierwszy sama)
Sam początek już wróżył problemy...
Parę dni przed moim przyjazdem rodzinka poinformowała mnie, że nie mogą mnie odebrać z lotniska, bo host jest w delegacji a hostka nie ma prawa jazdy. Napisali mi jak się mam do nich dostać.
Tak - sama, z dwiema walizkami miałam się tłuc z lotniska do ich mieszkania...
Na szczęście mam w Rzymie kuzynkę
(między innym dlatego wybrałam Rzym - żeby w razie jakiejś draki mieć gdzie się podziać), która odebrała mnie z lotniska i zawizoła prosto w paszczę lwa...


Drzwi otworzyła hostka, przedstawiła się i pokazała mi mój pokój...o ile można to było nazwać pokojem.
Była to taka mała kitka, schowek przerobiony na pokój. Mieściło się tam malutkie łożko, szafa, w której trzymali swoje rzeczy (i tym samym ciagle mi wchodzili do pokoju), mini biurko krzeslo i ja. Nic innego by już tam nie weszło...
Ja na prawdę nie mam wygórowanych wymagań i nawet by mi ten pokój nie przeszkadzał, gdyby nie to, że spędzałam tam bardzo, ale to bardzo dużo czasu...
Jak się okazało, hostka nie miała zamiaru ze mną rozmawiać, tym bardziej spędzać ze mną czasu dłuższego niż powiedzenie co mam zrobić w danym dniu.
A przecież jechałam tam, żeby poćwiczyć język włoski...

Z dziećmi miałam bardzo ciężko, hostka była cały czas w domu, więc chciały przebywać cały czas z nią. I jak się później okazało - byłam jedną z wielu operek, która przewinęła się przez ich dom w bardzo którkim czasie - więc nie dziwię się, że nie były zadowolone.

Host - na jego temat mogłabym napisać esej...ale skrócę wszystko do jednego zdania:
Był to człowiek niezróważony psychicznie, który sam nie widział czego chciał i niestety złość swoją wyładowywał na dzieciach...psychicznie i fizycznie...

Moje życie u nich nie nalezało do najłatwiejszych.
Był problem z jedzeniem. Oczywiście jechałam tam na zasadach Au Pair, nawet w "kontrakcie" mialam zapewnione wyżywienie.
Coż...rzeczywistość okazała się trochę inna - lodówka pusta, szfaki z jedzeniem puste.
gdy kończyłam pracę o 18.00 a oni zaczynali jeść o 18.10 to już jeść z nimi nie mogłam, bo byłam po pracy...
O poziomie czystości w ich domu też można by książkę napisać...





Mogłabym tak jeszcze opisywać o tej rodzince, ale chce już przejść do tych bardziej pozytwynych aspektów mojego pobytu we Włoszech...

jakby ktoś chciał się pośmiać ze zdecydowanie nietypowej rodzinki włoskiej to zapraszam tutaj forum - jak się niedawno okazało, nie tylko ja byłam ich ofiarą, ale też inne dziewczyny z Polski.
Na wszelki wypadek wklejam ich profil z AuPair World:
http://www.aupair-world.net/index.php/aupair_detail/?&a=728464&back=index.php%2Fsearch%2F%3F%26p%3D1%26q%3Dscifoni

A więc pewnego pięknego ranka zakończyłam moją 3 miesięczną przygodę z włoską rodziną.
I tutaj zaczyna się moja nowa przygoda, ale o tym już w następnym poście...